Zwyczajne Pakistańskie Życie - Joanna Kusy

Pierwszy raz czytałam książkę, której autorem jest ktoś kogo znam. Trochę się obawiałam, czy nie będę jakoś krzywo patrzeć przez to. Oraz czy to, co już wiem o Asi - z jej bloga*, chociażby - nie sprawi, że będę się nudzić.

Ale zupełnie niepotrzebnie się martwiłam.

Książka jest napisana bardzo dobrze - i bardzo osobiście. Asia wprowadza nas w tajniki swojej dezycji o zamieszkaniu w Pakistanie, co na pewno wielu nieustannie dziwi. Jak można tam zamieszkać! Cała promocja książki to było ciągłe wałkowanie tego tematu, i wieczne pytania "czy ona jest naprawdę szczęśliwa, czy wolna, czy nie żałuje".

Przyznam się, że sama czasem tak myślałam. Czasem myślę nadal, jak czytam różne donosy z Pakistanu.

Ale książka jest fascynująca. Zrozumiałam, że Pakistan też może taki być - zależy jak się na niego patrzy i czego szuka. Asi zainteresowania i wykształcenie na pewno predestynują ją do takich eksperymentów - wykształcony etnolog, zainteresowany "wschodem" od dawna znajdzie chyba tam swój raj.

Chociaż wyrażnie widać, że kobietom bywa tam bardzo ciężko. To, co uważamy za stereotyp jest rzeczywistością dla bardzo wielu Pakistanek. Życie za kratami, z całą masą ograniczeń, podporządkowane rodzinie. Które jednocześnie potrafi być pełne miłości i szczęścia.

Asia pokazuje bardzo wyraźnie, że życie w Pakistanie jest bardzo barwne. Nie wszystko jest jednoznaczne. Miasto jest ogromne pełne wszystkiego, co zapragniesz - trzeba wiedzieć, gdzie szukać. Sam islam ma bardzo wiele twarzy (o czym wiem zresztą bardzo dobrze), a codzienność w Pakistanie bywa całkiem normalna. Ludzie się kochają i rozwodzą. Dzieci się rodzą i chorują. W restauracjach serwują pyszne jedzenie. Trzeba zdążyć ugotować posiłek zanim zabraknie prądu. Zrobić z dziećmi lekcje. Pójść na zakupy (to akurat bywa wielkim wyzwaniem dla białej kobiety).

Asi zainteresowania i wiedza prowadzą nas w meandry sufizmu, ale także pakistańskiego chrześcijaństwa. To naprawdę bardzo interesujące. Złapałam się na tym, że bardzo chciałabym tam pojechać!

A przy opisie cmentarza i polskich grobów autentycznie się rozpłakałam. Widziałam oczyma wyobraźni tę małą Asię palącą znicz w dalekim kraju, słuchającej wspomnień o generale Turowiczu, który jest bardzio szanowaną postacią w Pakistanie.

Nawet jeśli nie interesuje Cię Pakistan - zachęcam do lektury. Choćby dlatego, żeby zrozumieć, że ludzie przybywający stamtąd nie są wcale tacy jak czasem myślimy. Z wielu różnic kulturowych między Europą a Azją zupełnie nie zdajemy sobie sprawy, pomimo internetu i niesamowitych możliwości podróżowania. Asia pokazuje nam ten świat od środka.

Zabrakło mi w książce map i przepisów kulinarnych - niektóre opisywane smakołyki aż pachną, chciałoby się skosztować... a na mapy ponoć nie zezwolił wydawca. Może w drugim wydaniu się uda, pierwszy nakład rozszedł się na pniu i potrzebny był dodruk :)


*także tutaj: https://www.facebook.com/ZwyczajnePakistanskieZycie/


Dziewczyna, która igrała z ogniem - Stieg Larsson



Dopiero teraz zabrałam się za tę "klasykę". Od kilku lat żyje nią cała Szwecja, ale mnie jakoś nie ciągnęło. Nie mam czasu na kryminały, a ten jest jeszcze wyjątkowo opasły. trzy grubaśne tomy, po 800 stron każdy...

Ale przypadkiem obejrzałam pierwszą część w TV. Spodobała mi się - była zupełnie inna niż się spodziewałam. Głębsza. Ciekawsza. Mąż oznajmił, że dziwi mi się, przecież mam tę książkę nawet po polsku na półce - a książka lepsza niż film. I kazał przeczytać.

A że postanowiłam sobie, że w 2016 przeczytam część z tego, co stoi na mojej półce, że wykradnę czas blogom i innym takim pozeraczom - postanowiłam się zmierzyć z grubym tomiskiem.

I wsiąkłam w nią na tydzień. Czytałam nachalnie, aż nie skończyłam. Pewnym minusem było to, że nie musiałam sobie już wyobrażać głównych bohaterów, wszak nie da się "odzobaczyć" obejrzanego filmu :P

Historia rzeczywiście ciekawa, godna polecenia. Nie chcę zdradzać zbyt wielu szczegółów, ale mamy dziennikarzy śledczych, hakerkę światowej klasy, szwedzki system opieki społecznej (czyt. szkielet w szwedzkiej szafie) i wątek romantyczny. Erotyczny też, o tym za chwilę.
Dwójka dziennikarzy, Dag Svensson i Mia Bergman, dociera do sensacyjnych informacji na temat rozległej siatki przemycającej nieletnie prostytutki z Europy Wschodniej do Szwecji. W aferę zamieszanych jest wiele czołowych postaci z życia publicznego. Kiedy Dag i Mia zostają brutalnie zamordowani, podejrzenia padają na Lisbeth Salander. Policaj rozpoczyna pościg. Mikael Blomkvist nie wierzy w jej winę i postanawia przeprowadzić własne śledztwo. Wkrótce odkrywa zdumiewające powiązania między morderstwem, przemytem kobiet i… samą Lisbeth. Seria dramatycznych wypadków prowokuje Salander do prywatnej zemsty. (opis ze strony www.stieglarsson.pl )
Forma książki okazała się jednak dość męcząca. Przydługie opisy zupełnie nieistotnych detali, takich jak lista zakupów w IKEI, z podaniem modelu kanapy i stolika. Dokładne wyszczególnienie rodzajów mrożonek, które Lisbeth kupowała w kiosku pod domem. Jakiej sieci kiosk to był. Normalnie lokowanie produktu pełną gębą!! Rozumiem, że czasem trzeba nakreślić klimat, żeby dało się wczuć w kontekst, ale reklamy jak w serialach...? Chwilami czułam się jakbym czytała gotowy scenariusz. "Bohater podszedł do drzwi. Zrobił krok. Potem drugi. W prawo. Potem w lewo. Potem poszukał kluczy w kieszeni. Potem włożył je do zamka. Przekręcił." Bezsensowne budowanie suspensu, bo tak naprawdę był to opis zwykłego wchodzenia do domu, a nie próba oddania sytuacji strachu, niepewności czy też gapowatości bohatera.

Ale to można przełknąć. Niektórzy twierdzą, że lepiej poczuli klimat Szwecji... no może.

Rzeczą, która mnie okropnie irytowała w książce - a w filmie jeszcze bardziej, bo wycięto wiele "zbędnej" akcji, ale zostawiono te komentarze - jest nachalna propaganda agendy LGBT i kulturowego marksizmu. Każdy dobry bohater ma "swój własny kodeks moralny" (czytaj: relatywizm moralny), oczywiście kompletnie niezgodny z tym, co w naszej cywilizacji uważa się za moralne - czyli zasady Dekalogu.  Swobodnie rozumiana zasada własności, wolny seks w każdym wydaniu, otwarte zwiazki, zdrady - przedstawiane jako coś naturalnego, wspaniałego i etycznego. Wszelkie postawy przeciwne są karykaturalnie przerysowane, tak, by czytelnik nie miał wątpliwości, że inne myślenie to jest bezdenna ignorancja. Ewentualnie zło w czystej postaci.

Akcja przeniesiona na ekran wymagała cięć w dialogach. Pozostawiono gołe "jesteś homofobem" (bo ktoś złośliwie wypowiadał się o lesbijskim półświatku) i siarczysty policzek. Aż zaśmiałam się w tym momencie.

Ale sceny lesbijskiego seksu są rozwinięte jak się patrzy. Dzisiejsza szwedzka młodzież ma na co się napatrzyć...

Wiele razy powtarza się czytelnikowi wyświechtany zwrot, o treści: "Lisbeth przecież nienawidzi mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet". Bo mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet są osią całej intrygi. Feministyczna agenda prima sort. Czytelnik musi się nauczyć wreszcie, że głównym powodem przemocy wobec kobiet są tradycyjne role w społeczeństwie, prawda? W filmie zwrot brzmi jeszcze idiotyczniej, bo wycięto większość kontekstu, a zostawiono te gołe hasełka.

Lisbeth jest kreowana na Superwoman, która złamie te stereotypy. Sama jedna pokona ten wstrętny patriarchat!

Nie chcę zdradzać fabuły, która - ogólnie rzecz biorąc - jest bardzo ciekawa i wciąga. Sama postać bohaterki rzeczywiście budzi wiele sympatii i zrozumienia, jak każda ofiara. A zwłaszcza ofiara bezdusznego systemu.

Ale moim zdaniem zostałą strasznie zepsuta przez styl powieści i tę propagandę.

Nie wiem czy przeczytam trzecią część, jeśli już to po szwedzku tym razem, jedynie w celu podszkolenia języka.

Ale film na pewno obejrzę, bo chcę zobaczyć ostateczne zakończenie całej historii.

Jezus z Nazaretu t. I - Benedykt XVI

Benedykt XVI zainteresował mnie w czasie czytania wywiadu z Ratzingerem w "Jednostkach Specjalnych". Zaczęłam czytać inne jego teksty i ... oniemiałam. Jak jasno i prosto myśli. Jaki jest pełen pokory. Jak wielką wiedzę i mądrość posiadł.

Pamiętam dzień ogłaszania jego abdykacji (można tak powiedzieć?). Byłam wtedy na kurcie w Holandii. Wychodzimy na przerwę na kawę a tu wszystkie ekrany w sali nadają CNN Breaking News. Musiałam iść do toalety, bo dosłownie, rozpłakałam się.

Zaczęłam wtedy czytać "Jezusa z Nazaretu", które Józef Ratzinger uznał za dzieło swego życia. Kompendium jego spojrzenia na osobę Jezusa. Pisane z perspektywy znawcy judaizmu oraz teologa. Czego więcej chcieć?

Ratzinger przedstawia "Jezusa historycznego" tak dokładnie jak to możliwe z dzisiejszej perspektywy. Zanurzonego w biblijny judaizm i realia epoki - Jezus to Żyd i musimy nauczyć się patrzeć na to, co się z Nim stało z tej perspektywy. W trakcie lektury autor będzie powoływał się na innych teologów i badaczy, na mnie wielkie wrażenie zrobiła analiza dzieła Jacoba Neusnera "Rabin rozmawia z Jezusem". Papież dociera tam, gdzie droga rabina się kończy. Rabin nie wytrzymuje stwierdzenia Jezusa, że jest Bogiem.

Opowieść rozpoczyna się chrztem Jezusa w Jordanie. Czym był chrzest w misji Jezusa i jak powinniśmy go interpretować. Ukazany zostaje zrąbek tajemnicy Boga Trójjedynego a także bardzo głębokie powiązania z przeszłością i przyszłością, aż do Zmartwychwstania.

Dalej przychodzi kolej na interpretację kuszenia Chrystusa na pustyni. Ta analiza jest porywająca. Czytałam ją kilka razy a w końcu zaczęłam sobie robić notatki. Bo to kwintesencja całego kuszenia, na jakie my jesteśmy narażeni! Perfidia szatana jest obnażona: "Do istoty pokusy należy jej aspekt moralny: nie ciągnie nas ona bezpośrednio do złego, to byłoby zbyt ptoste. Pokisa stwarza wrażenie ukazywania czegoś lepszego: porzucić wreszcie iluzję i zabrac się z całą energią do ulepszania świata. (...) realne jest to, co namacalne: władza i chleb; natomiast rzeczy Boże ukazują się jako nierzeczywiste, jako świat drugoplanowy, niepotrzebny właściwie".

Sednem dialogu jest drwina i prowokacja... "Jeżeli jesteś Synem Bożym powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem" - JEŻELI JESTEŚ...  by stać się wiarygodnym Jezus musi udowodnić kim jest - przez całą resztę jego drogi na ziemi to właśnie będzie jego zadaniem. Do dzisiaj tej właśnie postulat jest nieustannie wysuwany, nawet przez wierzących. "Jezu, udowodnij kim jesteś, dokonaj cudu".
Po drugie, to wypomnienie Bogu, że nie dość trosczy się o swój lud. Mam mu zapewnić chleb. Przecież najważniejsze jest, zeby nie być głodnym, co tam transcendencja.
Wreszcie - szatan pokazuje Jezusowi królestwa tego świata. "Czy nie takie ma być posłannictwo Mesjasza? czyż nie ma on być królem świata, który całą ziemię zjednoczy w wielkim królestwie pokoju i dobrobytu?".
Jezus jednakże wielokrotnie podkreśla, począwszy od rozmowy z szatanem - królestwo ludzi pozostaje królestwem ludzi i kto twierdzi, że może zbawić świat, podtrzymuje oszustwa szatana, jemu oddaje świat.

W tym rozdziale pojawia się wielkie pytanie, które towarzyszyć nam będzie do końca książki - co takiego właściwie dał nam Jezus? Skoro nie powszechny dobrobyt, chleb i lepszy świat?

"Odpowiedź jest prosta: Boga."

W dalszej części książki Benedykt XVI pochyla się nad błogosławieństwami. Czym jest ta "ewangelia"? Co to jest "Królestwo Boże"? Czy możliwe jest takie zasymlowanie orędzia Jezusa by nie trzeba było prowadzić misji wśród innowierców?

Potem rozważamy modlitwę "Ojcze Nasz", dalej - główne przypowieści i symbolikę Ewangelii Jana. Zaś na końcu dochodzimy do tego, co Jezus mówi o sobie. Bardzo cenny jest ten ostatni rozdział.

Nie jestem w stanie w tym poście zrobić analizy całego dzieła. Jest pełne pereł, których cytowanie zajęłoby mi kilka dni chyba. Gorąco polecam tym, którzy naprawdę chcą poznać Jezusa.

Ksiądz Piotr przy chrzcie mojego synka powiedział, że gwiazda betlejemska jest dla nas symbolem szukania Boga. Ta gwiazdą jest dla nas Biblia, to ona ma nas wieść do stajenki, czyli rozpoznania Boga Wcielonego.

Słowo Boże nie jest dla nas łatwe. Nigdy nie wierzyłam w protestanckie "sola scriptura", a takie lektury jak ta wyraźnie pokazują, że współczesny śmiertelnik nie jest w stanie zrozumieć tego, co ono mówi. Józef Ratzinger to jedna z tych osób, z których pomocy warto skorzystać. Jego język jest przystępny, a  świadectwo wiary poruszające. Prywatnie jestem pewna, ze zostanie kiedyś ogłoszony doktorem Kościoła.

A od siebie mogę dodać tylko to, że lektura tej książki obnażyła mi samej moją słabą znajomość Jezusa i Ewangelii. Pomimo wielu lat studiowania Nowego Testamentu, wysłuchania tysięcy kazań na temat Dobrej Nowiny i udziału w sporej liczbie rekolekcji...



Ulissess z Bagdadu - Eric-Emmanuel Schmitt

Pochłonęłam książkę w trzech sesjach (dziękuję, Gosiu!). Lekko napisana, pełna akcji... i bolesnych refleksji o kondycji dzisiejszego świata. Powieść dla każdego emigranta. I każdego mieszkańca "zachodniego" bogatego świata.

Historia zaczyna się w Bagdadzie czasów Saddama Hussaina, gdzie życie przypomina to nasze z czasów głębokiej stalinowskiej komuny. Listy książek zakazanych, kult Przywódcy Narodu - i to muzułmańskiego! - pranie mózgów całemu społeczeństwu. I ciemiężenie terrorem. Tak po prostu dla zastraszenia społęczeństwa, tak jak za Stalina. Więzienie, torturowanie i wypuszczanie (jeśli przeżył), bo lepiej zamęczyć 50 niewinnych niż daś ujść jednemu zdrajcy, co knuje zamach na Przywódcę.

Zaraz po okresie terroru Saddama nastałje okres embarga, jakie ONZ nałożyło na Irak. Teraz ludzie są ciemiężeni gospodarczo a Saddam rozgrzeszony - nie ma jedzenia i lekarstw dla ludu - wina embarga, Saddam czasem zdobędzie jedzenie - chwała Przywódcy!

Tak umęczonemu narodowi zafundowano potem wyzwolenie przez USA. Znamy z innych opowieści to amerykanskie wyzwalanie terenów okupowanych... W historii Saada rodziny miało to tragiczne konsekwencje.

Bohater opowieści - Saad Saad - to młody student prawa, którego ojciec zaszczepił w nim miłość do literatury i filozofii. Jako bibliotekarz z czasów Saddama uratował pokaźny zbiór "książek zakazanych" i stworzył sobie i rodzinie oazę wolności w komórce w ogródku. Karmił głodne umysły starożytnymi hostoriami i Agathą Christie (też zakazana!), stymulował rozwój swojego syna także poprzez własną elokwencję i kwieciste, niemal zagadkowe, wypowiedzi.
"Saad, synu, kości z mej kości, krwi z mojej krwi, gwiezdny mozole, co o tym myślisz?"

Po stracie większości rodziny - w różnych okolicznościach - oraz ukochanej kobiety, Saad podejmuje decyzję o wyjeździe z Iraku. Wydaje się to być jedynym sposobem na zarobienie jakichkolwiek pieniędzy i wspomożenie ocalałej rodziny. Ojciec filozof prowadzi syna przez jego ucieczkę z beznadziei. Doradza, stymuluje, daje reprymendy... I wiele wspaniałych refleksji-zagadek, do własnego rozwiązania. Także przez czytelnika.

Opowieść Saada pozwala poznać życie nielegalnych emigrantów, których wszyscy widzimy na ulicach naszych bogatych zachodnich miast, a których traktujemy niemal jak szczury. Zło konieczne. Nie pytamy skąd są ani czego pragną, odgradzamy się. Uświadamiamy sobie, że nasz bogaty zjednoczony świat istnieje tylko dlatego, że istnieją ludzie wykluczeni z niego. Idea "wolności, równości i braterstwa", która nam Europejczykom rzekomo przyświeca, jest sama w sobie sprzecznością - albo równość (i wtedy każdy jest traktowany tak samo), albo braterstwo (gdzie ktoś jest bratem a inny nim nie jest, z samej definicji tego słowa). Ładnie brzmi, ale nie do zastosowania... jak wiele naszych cywilizowanych sloganów.

Nie jest to opowieść sentymentalna, ale budzi wiele emocji. Wrażliwej osobie otwiera oczy na przybyszów. Uświadamia, że są ludzie i organizacje, które im szczerze pomagają, ale nie są nimi nasze rządy. Przed oczyma staje papież Franciszek odwiedzający Lampedusę i wyciągający dłoń do tych wykluczonych, on zna ten problem ze swojego kraju. Ale jednocześnie szwedzka partia SD, postulująca wydalanie imigrantów, którzy psują krew i rynek Szwecji, pragmatyczni protestanci przecież wiedzą, że grzesznik zasłużył sobie na swój los (wiem, upraszczam, ale jako żywo przypomina mi to protagonistów opowieści o Higienistach). Dla podtrzymania morale codziennie mamy tu program "Border Security", o australijskich lotniskach i wyłapywaniu ludzi, którzy chcą sie dostać do Australii z nieczystymi intencjami. Czyli pracować albo wyłudzić wizę. Przylatują tabunami, ale sprytne urzędniczki demaskują delikwentów prze kamerą. Dzielni ludzie, chronią swoją własność! och, jak szybko zapomnieli, że sami są przybyszami... Nienawidzę przesłania tego programu, tych fragmentów o deportowaniu ludzi zwłaszcza (tych co szmuglują narkotyki jakoś mi mniej żal).

Lektura powieści jest bogata na wiele sposobów. Dla mnie poruszająca była analiza przynależności do własnego kraju, narodu, języka, jak wilkie znaczenie ma samo urodzenie się po "właściwej stronie" granicy. To temat, który od dawna mnie frapuje. Kiedyś pisałam o tym tutaj.

Ulissess z Bagdadu pozwala nam, emigrantom, zastanowić się nad tym jakimi emigrantami my sami jesteśmy. Bo nie każdy nadaje się do emigracji. Czy ja się nadaję?

„Synu, są dwa rodzaje emigrantów: ci, któzy zabierają zbyt wiele bagażu, i ci, którzy wyjeżdżają bez niczego. (...) Ci, którzy zabierają zbyt wiele bagażu, sądzą, że przenosząc się, ułożą sobie życie. Tymczasem nigdy go sobie nie ułożą…Bowiem to w nich samych tkwi problem! Noszą go, ciągną za sobą, wietrzą go, ale nie rozwiązują ani nie stają z nim twarzą w twarz. Zmieniają miejsca, ale nie samych siebie. Na darmo się oddalają, i tak nigdy od siebie nie uciekną. Przegrają swoje życie tak samo, jak by to uczynili tutaj. Złymi emograntami są ci, którzy włóczą się objuczeni kilkutonową przeszłością, z rozbujanymi dylematami, z zanegowanymi pomyłkami i maskowanymi wadami. (...) a ci drudzy (...) podróżują lekko, gdyż są gotowi, giętcy, umieją się przystosować i doskonalić. Tacy wiedzą jak wykorzystać zmieniający się pejzarz. To dobrzy emigranci"

Podróż Saada jest paralelą historii Ulissesa, z tym, że Saad stał sie jego przeciwieństwem. Ulissess wracał do siebie, Saad uciekał od chaosu, którego nienawidził. Wyrzuciwszy dokumenty, by nie zostać deportowanym, zostaje Nikim. Nie chcę jednak uprzedzać wydarzeń, jest kilka nieprzewidywanych zwrotów akcji.


Byliśmy przyszłością - Jael Neeman

 
"Urodziliśmy się w roku 1960 w Jechiam, najpiękniejszym kibucu na świecie, zielono-żółto-liliowym od sosen, janowców i judaszowców, założonym w 1946 roku na wzgórzu u stóp twierdzy krzyżowców. Urodziliśmy się w grupie Narcyz. Było nas w niej szesnaścioro: ośmiu chłopców i osiem dziewcząt."
Jael Neeman opuściła kibic w wieku 20 lat i zamieszkała w Tel Awiwie. Nie wiem czy ma kontakt ze swoimi braćmi czy rodzicami. Kibucowe wychowanie znosiło więzi rodzinne, umieszczało człowieka w grupie „równych sobie” i w niej się żyło. Potem uczyło. Potem wychodziło w świat by posłużyć ojczyźnie (wojsko czy inne prace społeczne, czasem dalsza nauka) a potem miało wrócić do kibucu i dalej budować. Egalitarny świat bez własności prywatnej, bez burżuazyjnych więzi rodzinnych, które egoistycznie kształtują światopogląd dzieci, dając im nierówne szanse w przyszłym życiu, które upośledzają ambicje dzieci ambicjami ich rodziców. To był świat, który był realizacją utopii – życie w idealnej wspólnocie. Gdzie człowiek jest panem własnego losu, ujarzmia naturę i produkuje tyle, ile ma sił. We wspólnocie, oczywiście. Wspólnym wysiłkiem osiąga się wspaniałe wyniki w pracy, nikt niczego nie zazdrości, nie ma szkodliwej rywalizacji. Nie ma wypłat, nie ma hierarchii ważności, kultura jest zorganizowana i wspólnotowa. Nie ma języków narodowych (początkowo większość członków kibuców pochodziła z Europy Wschodniej i Środkowej, rodzice Jael i większość jej kibucu była Węgrami). Nie ma Boga ani religii. To świat zbudowany przez ludzi dla ludzi. Gdzie idea wspólnotowosci była przez wszystkcih wielbiona jedym głosem.

Jael pisze swoje wspomnienia w pierwszej osobie liczby mnogiej. MY. W kibucu nie było JA, było tylko MY.
 „Mówiliśmy w liczbie mnogiej. Tak się urodziliśmy i tak rośliśmy, od szpitala po wieczność. (...) Od wyjścia ze szpitala nigdy nie próbowano nas rozdzielić. Przeciwnie – łączono, zlepiano, spajano. (...) Ajednak nie o zespolenie chodziło przede wszystkim (...) zespolenie było jedynei efektem ubocznym eksperymentu z socjalizmem. (...) chodzilo o odzielenie, o uwolnienie dzieci od uciążliwego brzemienia rodziców, od ich pieszczot i pragnień narzucanych przez czułe matki, przez ambitnych ojców. (...) Chodziło o ukształtowanie nowego dziecka, z którego kiedyś wyrośnie nowy człowiek”. 
Członek kibucu. Idealny człowiek, którego najwyższą wartością jest praca dla wspólnoty.

Czytając książkę miałam bardzo mieszane uczucia. Bo to życie zawsze było kontrowersyjne nawet dla samych izraelczyków, ok 3% ludzi mieszkało w kibucach. Ale sama idea wydaje się być wspaniała. Równość. Niby nie jednakowość, ale równe szanse. Z drugiej strony programy wszystkich kibuców były jednakowe. O tych samych godzinach się karmiło dzieci. Dzieci nosiły takie same ubrania, takie same fryzury. Śpiewało się te same piosenki i opowiadało te same historie. Czyli jednak identyczność... Dla zrównania szans między płciami kobiety oddawały nowonarodzone dzieci do domów dzieci, widując je od tego momentu kilka godzin dziennie. Po to, by mogły oddawać się pracy, tak samo jak mężczyźni. Historia kibuców pokazała, że działo to w jedną stronę – kobiety harowały w polu i rodziły dzieci, często miały też służby w domach dzieci, doglądając całej gromaby nie swoich dzieci. Mężczyźni natomiast niechętnie poświęcali czas dzieciom, woleli inne służby. Budowali nowatorskie maszyny do znierania tytoniu czy bananów.

Wyczytałam gdzie indziej, że w systemie kibucowym zadbano nawet o nowy system słownictwa. Równościowe, optymistyczne, no czysty socjalizm. Hebrajskie słowo „mąż”, które w tłumaczeniu dosłownym oznacza „właściciel” zamieniono na słowo, tłumaczone na „mój mężczyzna”. Za dużo tego było, zaczęło się walić pod własnym ciężarem. Dzieci urodzone w tych rodzinach i wychowane w domach dzieci, gdy wyrosły albo odchodziły z kibucu albo zmieniały model „systemu”. Ich mąż był znowu mężem, nie mężczyzną, i nie chciały oddać dzieci do domu dzieci... eksperyment życia w czystym socjalizmie poległ z kretesem.

A jednocześnie czytając wspomnienia Jael, pełne nostalgii i tęsknoty za dzieciństwem wolnym od świata rodziców i wypełnionym zabawą z rówieśnikami, serce sie rwało do życia w takiej wspólnocie. Przypominały się bowiem harcerskie czasy, kiedy przez trzy tygodnie w roku budowaliśmy swój kibuc nad jakimś jeziorem. Własnymi rękami. Wspólnie. W pojedynkę nic się nie dało zrobić. Nie byliśmy Olą, Kasią czy Magdą tylko wachtą albo zastępem. To była nasza tożsamość. Poranne apele, dyscyplina, mundury. Bogaty czy biedny tak samo się wyglądało. Życie w rytmie natury i na jej łonie, karczowanie sobie miejsca dla siebie, tak jak w kibucach. Dzieci słońca.

Ale jednak po trzech tygodniach wracało się do domu. Harcerzem miało się być całym życiem, nie tylko w wymiarze fizycznym, nie tylko trzy tygodnie żyjąc pod kloszem w idealnej wspólnocie. Wręcz przeciwnie. Harcerz służy Bogu i Polsce. Nie swojej drużynie, nie żadnemu systemowi czy ideologii. Sam ruch nie był nigdy celem. Każdy ma w nim odkryć swoje własne talenty i je rozwijać, stąd bardzo szeroki system „sprawności”. Ale najważniejsze jest to, żeby umieć nimi żyć w prawdziwym życiu. W szeroko pojętej wspólnocie, w służbie Najwyższego Dobra. Przed którym każdy jest jedynym i niepowtarzalnym JA.

Z opowieści Jael jasno widać, że wychowanek kibucu miał świadomość tego, że to nie było prawdziwe życie. „Szklarnia”, gdzie rośli i byli przycinani, ale nie potrafili sami żyć nim. Czuli się winni tego, że nie potrafią budować tej wspólnej wizji. Choroba sumienia, jak to nazywa Jael. W końcu odeszli. Zdezerterowali. Zawiedli tych, którzy pokładali w nich nadzieje. Bo oni wszak byli przyszłością.
„Piękno naszego kibucu było niepojęte. Nie sposób było do niego przywyknąć. Czuliśmy, że nie zasługujemy ani na nie, ani na system. Któż mógłby powiedzieć „nie” próbie stworzenia lepszego świata, opartego na róności i sprawiedliwości?”
Książka Jael Neeman Nnie jest jednak próbą rozliczenia z tą przeszłością. Nikogo nie obwinia o nic, w zasadzie jakby nie wiedziała nawet co tam się właściwie stało. To snucie wspomnień, z których przebija tragizm tej wspólnoty i jej wychowanków, pełzający od czasu życia w domach dzieci, kiedy to kilkuletnie dzieci dalej ssą kciuka i wymyślają razem sposoby jak przestać. Jedna z recenzji nazwała Neeman "mistrzynią niedopowiedzień" i miała rację - nic nie jest nazwane dosadnie, Jael po prostu maluje obraz swojej młodości. Niewinnie opowiadając rzeczy, które nam mieszczuchom jeżą włosy na głowie.

Warto przeczytać, bo cały ten projekt to fenomen. A dodatkowo sposób opisywania świata kibucu przenosi nas w sam jego środek - czujemy zapach bananów, tytoniu i ludzkiego potu, słyszymy socjalistyczne piosenki śpiewane z przejęciem przez dzieci oraz czujemy na sobie gorące izraelskie słońce. 

Dzisiaj ruch kibucowy w dalszym ciagu istnieje. Ok 100000 ludzi jest w niego dalej zaangażowanych, ale formuła jest supelnie inna. Dopuszczono częściową własność prywatną. Otrzymuje się wynagrodzenia. Istnieją kibuce religijne. I dalej organizuje się programy, pozwalające wolontariuszom przyjechać na kilka(naście) miesięcy i żyć życiem kibucu. Może kiedyś się skuszę :)

Najwyraźniej nie dało się zabić JA człowieka. Najlepszymi ideami i najbardziej agresywną propagandą. Sam Marks ponoć mówił o tych socjalistycznych ideach w taki sposób (parafrazując) - mam nadzieję, że przyjdą takie dni, kiedy ten projekt idealnego społeczeństwa sie spełni, ale mam nadzieję, że tego nie dożyję.


***

- ciekawy artykuł z hebrajskiej prasy tu
- inna recenzja tu

Różnorodność pojednana - ks. Tomas Halik / Tomasz Dostatni OP

Tomáš Halík, choć ochrzczony jako dziecko, osobistego wyboru katolicyzmu dokonał dopiero w wieku dojrzałym, a w czasach gdy w Czechosłowacji Kościół był prześladowany, a msze odprawiali po kryjomu, w prywatnych domach księża wypuszczeni ze stalinowskich więzień. W 1978 roku został tajnie wyświęcony i przez pierwsze jedenaście lat kapłaństwa działał w podziemiu. To sprawiło, że dialog i pojednanie uważa za sprawy najważniejsze, a do wątpliwości wierzących i niewierzących podchodzi wręcz z pokorą.
Jest Bóg czy Go nie ma? Czy po Auschwitz można jeszcze wierzyć w Boga? Jaki jest związek religii z terroryzmem? Jak prowadzić dialog z judaizmem i islamem? Czy wiara i wątpliwości się wykluczają? Czym się różni katolickość od katolicyzmu, a ateizm od apateizmu? O tym i o wielu innych sprawach z Tomášem Halíkiem rozmawia dominikanin Tomasz Dostatni.
Pomimo tego, że zupełnie nie znam autorów tej książki, ten opis na tylnej okładce książki bardzo zachęcił mnie do kupienia. Muszę przyznać, że spotkanie z ks Halikiem było dla mnie niezwykle odkrywcze. I zaskakujące. W zasadzie nie całkiem jeszcze przetrawiłam filozofię Halika, zaczyna powolutku się sączyć do serca.

W rozmowie z ojcem Dostatnim, Halík opowiada o swoich mistrzach i lekturach, o swojej drodze do wiary. Nakreśla szerokie tło wszystkich wydarzeń, tak szerokie, że kompletnie się na nim gubiłam. Nie znam historii czeskiego kościoła, niewiele wiem o husytach (jakieśtam resztki wiedzy z historii) a nawet nazwiska wielkich teologów niewiele mi mówią... poczułam sie jak uczniak... Dopiero wzmianki o Chestertonie, Ratzingerze i C.S.Lewisie sprawiły, że poczułam się swojsko. Ja także uwielbiam "eseistykę teologiczną", jak to określił Halik, wspomniani autorzy należą do moich autorytetów.

Ksiądz Halik o sobie mówi w ten sposób:
„W trakcie pisania książek stwierdziłem, że nie jestem teologiem akademickim, lecz teofilem. Teofil wie, że o Bogu raczej nic nie wie, a mimo to szczerze Go kocha. Teofil nie umie pisać uczonych traktatów i dlatego daje raczej świadectwo o swojej drodze życiowej i wierze. Narratywna, biograficzna wypowiedź o wierze, wiara jako droga, Bóg ukryty w wydarzeniu – zawsze przeczuwałem, że tu leży prawda. Tędy może prowadzić droga, skoro oficjalna ścieżka teologii zarosła ostami definicji i dla człowieka niedostatecznie przygotowanego bywa trudna do przebycia”.
Z lektury wyłania się postać kogoś, kto całym swoim życiem relizuje pragnienie DIALOGU z drugim człowiekiem, dialogu a nie monologu. Kogoś pokornego, kto zawsze patrzy na drugiego jak na potencjalne źródło własnego wzbogacenia, dopełnienia. Kogoś, kto dostrzega niebezpieczeństwa "triumfalizmu katolickiego" - tego apriorycznego roszczenia do uniwersalnej prawomocności własnego widzenia świata, do bycia posiadaczem całej prawdy. Kogoś, kto wie, że całą Prawdą jest tyko Bóg, i poznamy ją w całości gdy spotkamy się z Nim twarzą w twarz.

Muszę przyznać, że bardzo mnie to poruszyło. Nie powiem zachwyciło, bo dopiero to wszystko trawię. Poruszyło mnie do głębi, bo pokazało mi, że chrześcijaństwo to "droga", to "katolickość" - czyli powszechność i otwartość. W odróżnieniu od "katolicyzmu", który jest ideologią. Ks Halik czyni bardzo mądre rozróżnienie między tymi dwiema, przekonująco wyjaśnia. 

Ciekawe jest to, co Halik pisze o "nieśmiałej pobożności" swojego narodu - postawa wiary jest u Czechów raczej dyskretna i niechętnie manifestują ją wielkimi słowami czy gestami. Ma to związek z niechęcią Czechów do patosu, wszystko, co patetyczne wydaje się im śmieszne. Dla Czecha patos skrywa nieszczerość, hipokryzję pustkę, obroną przed nim jest ironia (i tu zrozumiałam, że jest cała grupa Polaków, która żywi tę samą niechęć i to jest właśnie TO, co ich odrzuca od Kościoła!).

Z lektury książki można się sporo dowiedzieć o protestantyzmie, zwłaszcza jego początkach - kim był Luter i gdzie popełniono błąd. Jakie ten błąd ma konsekwencje, te złe, ale i te dobre. Jak można i należy dialogować z innymi chrześcijanami, jak można to robić z muzułmanami czy buddystami. 

Halik próbuje odpowiedzieć na pytania o sens śmierci, cierpienia i bólu, wyjaśnić dlaczego Bóg dopuszca tyle zła... czy Bóg umarł? Na te pytania odpowiada trochę podobnie jak Marcin Jakimowicz w gościu niedzielnym - że to pytanie niewłaściwie zadane, bo należy zapytać "gdzie był człowiek" gdy to wszystko się działo... Bóg uczynił człowieka wolnym, i gdyby mu tę wolność odebrał to pozbawiłby go również jego ludzkiej godności. Nie możemy ulec też pokusie postrzegania świata oczyma przyjaciół Hioba - cierpienie na świecie to jest wielka tajemnica i tylko wiara w Boga może ją wyjaśnić. To wiara w człowieka umarła w ostatnich latach.

Bardzo wiele rozważań snują Tomasze w tym wywiadzie. Teologiczno-filozoficznych, ewangelizacyjnych, politycznych... istna perełka. Można długo smakować i wracać. Na pewno sięgnę po wspomniane dzieła.

Bardzo dużo daje do myślenia to, co mówi o judaizmie. Że islam wobec chrześcijaństwa robi to, co chrześcijaństwo zrobiło wobec judaizmu - re-interpretuje "ich" księgi i tłumaczy naszą teologią. Niemal dokładnie tak jak muzułmanie "tłumaczą" Biblię, po swojemu, żeby pasowała do "ich" dogmatów... co oczywiście bardzo nas chrześcijan drażni, wręcz oburza, ale jakoś nie dostrzegamy, że robimy to samo wobec pięcioksiągu...

Dla mnie najmocniejsze jest jednak to, co napisał o związku terroryzmu z religijnością. Zacytuję:
 "Niedawne rozległe badania Instytutu Gallupa pokazały, że absolutna większość wierzących muzułmanów na całym świecie jednoznacznie potępia terroryzm zbrodniarzy z grup ekstremistycznych, którzy chcieliby usprawiedliwiać swoje działania, maskując cele polityczne religinją retoryką. Te same badania ujawniły ciekawą rzecz: ci, którzy obecne konflikty traktują jako religijne, przeważnie uważają je za nieuniknione, ci natomiast, którzy dostrzegają ich przyczyny polityczne i ekonomiczne, przeważnie widzą możliwość ich rozwiązania. A w dodatku jako religijne postrzegają je ci - zwłaszcza wśród muzułmanów - którzy sami żywej wiary nie praktykują.
Kiedy terroryści uznają samych siebie za bojowników islamu, to jedynie szukają usprawiedliwienia. Kiedy wojujący prawicowi fundamentaliści określają arabskich terrorystów jako bojowników islamu, to chcą w ten sposób usprawiedliwić swoją religijną i kulturową nietolerancję, a swoje polityczno-imperialne cele ukrywają, podając się za obrońców zagrożonej cywilizacji chrześcijańskiej, bohaterów kulturowej wojny przeciwko muzułmanom i liberałom. Kiedy Richard Dawkins i wojujący fundamentaliści "nowego ateizmu" widzą w arabskich terrorystach bojowników o islam, to chcą w ten sposób zdyskredytować każdą religię jako źródło zła i przemocy i uwiarygodnić samych siebie jako oświeconych obrońców swobód liberalnych przed ciemnym zabobonem chrześcijaństwa i wszelkiej religii"
Mocne. Bardzo. Nie wymaga komentarza tylko szczerego spojrzenia w lustro.

***

Lektura książki budzi jednak mieszane uczucia. Można odebrać sporo wypowiedzi Halika jako ogromny relatywizm moralny. Ale na pewno można też zobaczyć w nich Ewangelię - ubóstwo duchowe, cichość, mądrość, a przede wszystkim głęboką wiarę w miłosierdzie Boga. I szacunek dla wolności wyboru. Bo Halik unika jakiejkolwiek agitującej manipulacji czy nachalnego zachęcania, zgodnie z zasadą Hugona Enomiyi-Lassalle'a: "Wszyscy są zaproszeni, ale nikt nie jest zmuszony".


A tu linki do kilku wywiadów z Tomaszem Halikiem:

Koniec feminizmu - Aleksander Nikonow

Wydawca opisał książkę w ten sposób, więc się rzuciłam.
Książka Rosyjskiego autora jest prawdziwym fenomenem. W czasach dyktatu poprawności politycznej Aleksander Nikonov otwarcie krytykuje ideologię feministyczną, wykazując absurdalność i szkodliwość realizacji jej założeń. Nikonov przedstawia genezę feminizmu, sięgając do niejednokrotnie szokujących, nieznanych lub świadomie przemilczanych źródeł i faktów. W bardzo czytelny sposób przedstawia podobieństwo feministycznej ideologii i sposobów jej popularyzowania do innych destrukcyjnych ideologii funkcjonujących w XX wieku - komunizmu i faszyzmu. Nikonov wnikliwie opisuje także opłakaną kondycję współczesnego „białego mężczyzny”, który stał się głównym celem ataków „ziejących nienawiścią” feministek. Jednak nie jest to książka jedynie o feminizmie. Autor przedstawia także dramatyczne skutki realizowania poprawności politycznej, zwłaszcza w sferze edukacji wyższej. W książce znajdziemy wiele absurdów politycznej poprawności, wymownie uzasadniających smutną refleksję autora nad współczesną cywilizacją.
W świetle toczących się dyskusji nad kondycją ideową i przyszłością społeczeństwa polskiego książka wydaje się być szczególnie interesująca dla czytelnika w Polsce. Oparta na faktach, pozostaje głęboką refleksją, ale przede wszystkim przestrogą, jak opłakane skutki może przynieść realizacja idei feministycznych i innych pomysłów politycznie poprawnych gorliwców.
Lektura zaiste wstrząsajaca - i forma, i treść... Rosjanin, opisujący zgniły zachód, więc w sumie czego się spodziewać, panegiryku? No ale nie wymyślił tego. Opisuje doświadczenia swoje i bezpośrednich rozmówców. A sporo ich jest. Oj sporo.

Ten zachód jest naprawdę przegnił do cna i każdy wykształcony Polak (albo Rosjanin, jak widać) dostrzega to wyraźnie.

Mała dygresja: piszę "Polak" bo wykształconych Szwedów już prawie nie ma. A nawet jeśli są, to ich standardy będą takie tak opisywanych Amerykanów czy Francuzów, którzy nie potrafią myśleć, co najwyżej zakuli wyniki na pamięć. A jak zapytasz czy 1/3 i 3/6 to jest tyle samo, to większość odpowie, że TAK. Inny przykład. Takie zadanie francuskim studentom czwartego roku matematyki: "balon leci w jednym kierunku z szybkością 20 km/h w ciągu 1 godziny i 45 minut, następnie kierunek lotu się zmienia o 60 stopni i balon leci jeszcze 1 godzinę i 45 minut z tą samą prędkością. Proszę określić odległość od punktu startu do punktu lądowania". Zadanie znalazło się z zestawie egzaminacyjnym po dwóch tygodniach dyskusji wśród grona pedagogicznego czy nie jest aby za trudne. Zgodnie z przewidywaniami profesorów, na 150 osób rozwiazały je... dwie. Byli to Chińczycy.

W zasadzie czytając tę książkę człowiek rozumie zacięcie Amy Chua w zakresie wykształcenia córek... nie być w matematyce dwa lata do przodu wobec reszty klasy oznacza, że jest się śmierdzącym leniem... rozwiazanie powyższego zadania zajęło mi dokładnie 3 minuty, a szkoły pokończyłam dawno temu i nie uczę teraz matematyki.

Język książki jest bardzo bezpośredni i zjadliwy, bardzo niepoprawny politycznie (NB zjawisko poprawności politycznej także jest poddane analizie i krytyce... której nie wytrzymuje, rzecz jasna). Myślę nawet, że taka wypowiedź w mediach skończyłaby się oskarżeniem o mowę nienawiści :) przecież teraz już nawet nie można powiedzieć "murzyn", żeby nie dostać łatki rasisty... cóż... a pojechać po feministkach i ideologiach ...? oj... doigra się!

Książka opisuje paradoksy zgniłego zachodu i próbuje analizować ich przyczynę. Dlaczego w USA starszemu jegomościowi nie sprzedadzą piwa, podczas gdy dwudzietoletniej dziewczynie po wylegitymowaniu - owszem? Dlaczego stan Kalifornia walczył w sądzie dwa lata, żeby móc wymagać od maturalnych uczniów znajomości trzech stanów skupienia substancji a nie tylko dwóch, jak federalne podreczniki...? Ile kosztuje w USA dojście sprawiedliwości w sądzie i jak jeden jeden rosyjski naukowiec zaoszczędził 6 milionów dolarów pisząc samemu pozwy i dlaczego było to niechętnie widziane przez sędziego? Dlaczego amerykańscy lekarze przypisują tylko amerykańskie lekarstwa a za użycie innych trafia się do więzienia (nawet jeśli ratują życie pacjentowi)? Dlaczego wolno wychwalać genetyczne zalety murzynów ale o ich niedostatkach nie wolno wspomnieć? Dlaczego po jednym anonimowym telefonie wsadza się mężczyznę do więzienia i zabiera dzieci do opieki społecznej...? i jeszcze sporo innych ciekawych kwiatków. Ciekawych i przerażających...

Z wieloma osobistymi opiniami autora nie mogę się jednak zgodzić, jego moralność też nie jest tym, co bym chciała widzieć wokół siebie (na przykład, nie ma problemu z akceptację małżeństw homo). Nie chcę oceniać, ale wydaje się, że ateizm trochę stępił jego wrażliwość na Prawdę... ale to, jak analizuje fakty i wnioskuje to przednia uczta dla kogoś, kto myślał, że nasz gatunek jest na wymarciu. Wszyscy wokół czytają natemat albo wprost, wszyscy politycznie poprawni, zrelatywizowani moralnie, jak to "młodzi, wyszktałceni, z wielkich ośrodków", co to głosowali na PO albo SLD... słowem nie ma z kim pogadać :/

Myślę też, że każdy rodzic powinien przeczytać tę książkę, żeby mieć odwagę zapewnić swojemu dziecku coś więcej niż obecne systemy edukacyjne oferują. Ale także w trosce o przyszłe społeczeństwo. Bo diagnoza Nikonowa jest zatrważająca. Za wszelką cenę czytać, analizować i oszaleć - nie dać się stłamsić!!! Ciężko samemu iśc pod prąd, ale jesteśmy sami! 
"Amerykańscy koledzy wyjaśnili mi, że niski poziom kultury i edukacji szkolnej w ich kraju jest świadomym osiągnięciem zmierzającym do realizacji celów ekonomicznych. Chodzi o to, że kiedy wykształcony człowiek naczyta się książek, staje się gorszym klientem. Kupuje mniej pralek, samochodów, zaczyna bardziej niż nimi interesować się Mozartem, van Goghiem albo jakimiś teoriami. Cierpi wówczas gospodarka społeczeństwa konsumpcyjnego i przede wszystkim dochody tych, którzy rządzą ich życiem. Dlatego też zamierzają oni nie dopuścić do rozwoju poziomu kulturalnego i edukacyjnego (które na dokładkę utrudniają im manipulowanie ludnością jak pozbawionym intelektu stadem)".
(Ja bym do powyższego dodała jeszcze "niski poziom religijności", wszak religia też wzywa do wybierania INNYCH dóbr... a jeszcze niektórzy ekstremiści potrafią sprzedać wszystko co posiadają i nie kupić nic nowego!... no ale to temat na inny felieton, na potrzeby tego przyjmijmy, że religia to kultura)